„Dokręcanie śruby” w POK
Tagi: Różne
Wybraliśmy się do opery. A dokładnie do Polskiej Opery Królewskiej – nic nie poradzę na to, że nos mi się marszczy przy wypowiadaniu lub pisaniu tej nazwy (choć nie pamiętałam, kiedy szliśmy, o zamieszaniu, w którym powstała). Niezależnie jednak od zmarszczonego nosa ucieszyłam się jak dziecko, kiedy pojawiła się szansa na bilety, i poszliśmy.
Warto było. Ten tekst mi się kotłował w głowie kilka tygodni i nieustająco chciał wyjść – choćby stąd wiem, że warto, bo doświadczenie było dla mnie ważne.
Spektakl mnie zaskoczył po wielokroć, właściwie zaskakiwał przez całe dwie godziny. Najpierw chyba scenografią, która bardzo odbiega od tego, co w głowie umiarkowanie zachłannego konsumenta kultury wysokiej kojarzy się z hasłem „opera”. Scenografii bowiem prawie nie ma – kilka lekkich konstrukcji z prętów i zasłon, kilka metrów sznurków i kilka rekwizytów. A jednak całkiem szybko zaczęłam się orientować, kiedy jestem w wiktoriańskim (!) dworze, kiedy w plenerze, a kiedy w drodze do kościoła.
Równie dużym zaskoczeniem były kostiumy, a może raczej sposób przedstawienia postaci. Znowu bardzo daleki od stereotypowego oczekiwania – lekkie, zwiewne (z jednym wyjątkiem), właściwie niemal gimnastyczne stroje. Śpiewacy, którzy wykonywali role dzieci, występowali z marionetkami, które kostiumów nie miały wcale (na zdjęciach widzę, że to nie do końca prawda, a pamięć i tak się upiera, że wcale).
Jedyną postacią w kostiumie, który według stereotypu zasługuje na to miano, była gospodyni i złapałam się w którymś momencie na tym, że zrobiłam sobie z tej postaci rodzaj opoki, takiego stałego punktu w ogólnym zagubieniu. Ciekawe, czy to z powodu sukni.
Kolejności następnych zaskoczeń nie pamiętam, bo potrzebowałam się mocno skupić, żeby nadążyć za opowieścią. Co prawda na początku ucieszyłam się, że wykonawcy śpiewają po angielsku i wiązałam z tym rozmaite nadzieje, ale bardzo szybko okazało się, że nic nie rozumiem i bez napisów nie mam szans.
Na pewno do zaskoczeń doliczę taniec. Współczesny, pozornie chaotyczny, chwilami sprawiający wrażenie walki lub szarpaniny (z przeciwnikiem? Z myślami?). Wśród punktowych świateł, na czarnym tle, głównie czerwone, groźne lub przejmująco smutne postaci – nie wiem, rzecz jasna, czy taki był zamysł choreograficzny, ale mnie przestraszyli i przygnębili całkiem skutecznie.
Potem chyba wytrącił mnie temat – w drodze powrotnej powiedziałam do męża „Jeśli dobrze rozumiem, to była historia o pedofilii i próbie wyjścia z traumy”. A kiedy w czasie przerwy ktoś mnie zapytał, jak mi się podoba, odpowiedziałam tylko „Nie wiem, na razie jestem w szoku” i do dziś nie wiem, co więcej mogłabym powiedzieć.
Jaśniejszych punktów na szczęście wcale nie musiałam szukać, bo zachwyciła mnie maestria orkiestry i wykonawców! Tym bardziej, że muzyka i partie śpiewu były dla mnie wyzwaniem, bo melodii (czyli rozumiecie, takiego motywu, który można podśpiewywać – tak, stereotyp) dosłuchałam się wyłącznie we fragmencie z powtarzaniem łacińskich słówek. A jednak czułam i słyszałam, jak precyzyjnie działa cały mechanizm tej opowieści, jak idealnie wszyscy się odnajdują w tym, co mnie chwilami przerażało chaosem.
Wyszłam z budynku (przepięknego zresztą! Chętnie tam wrócę w słoneczny dzień, żeby się zachwycić raz jeszcze budynkiem) z mieszanymi uczuciami. Bo miałam poczucie, że warto było i że to na pewno cenne doświadczenie, a równocześnie pomyślałam, że trochę tęsknię do tego, co stereotypy w mojej głowie uważają za operę.
Od kilku tygodni, które minęły od spektaklu, nadal mam w głowie różne pytania. Mimo że już – oczywiście – dawno sprawdziłam, skąd się wziął ten spektakl i odetchnęłam głębiej w myśl zasady „jej, uff, nie jestem taka całkiem głupia, coś tam z treści zrozumiałam, a i powieści grozy nie wstyd się bać” 😊